Tak się zbieram do napisania jakieś dłuższej notki od dobrych kilku miesięcy. Dlaczego jednak nic się tutaj nie pojawiło? Powód jest prosty - zawsze w połowie pisania odechciewało mi się i zaprzestawałem kontynuacji tej czynności.
Nazbierało się tematów o których mógłbym napisać. Życie osobiste, karate, Katori, moje własne przemyślenia.
O życiu osobistym nie będę pisał, o Katori też nie. Pozostaje Karate i moje własne przemyślenia. A że obydwa tematy są powiązane, to załatwi się je za jednym strzałem i nie będzie kolejnych "żurnali" przez 3 miesiące. I tak chyba będzie najlepiej.
Więc o co chodzi? Chodzi o fakt załamywania się ducha karate w ludziach, którzy ćwiczą. Coraz więcej z nich rozmawia na tematy tego, czy jest przydatne w walce na ulicy, ale nie rozumieją po co są kata, po co kihon. Od samego początku powinno się wybiec na chodnik, trzepnąć kogoś z okrężnego w łeb i szukać następnej ofiary. Do tego można sprowadzić większość argumentów ludzi, co wierzą w jedyny i słuszny street fighting. Ale panowie, nie tędy droga. Wszystko po kolei.
A jaka jest kolei rzeczy? Taka, że na początku trzeba przygotować ciało do karate. Dużo osób odpada już na tym etapie. Trzeba wykonywać mnóstwo pompek, przysiadów, brzuszków (ba, żeby tylko - przecież każdego z tych ćwiczeń jest mnóstwo wariacji i każda działa na inne partie mięśnie. Zwykła pompka działa na biceps, jednak jak troszkę szerzej rozstawimy ręce to zaczną nam pracować mięśnie klatki piersiowej) Trzeba się rozciągać, nauczyć się prawidłowo oddychać.
Potem wchodzi kihon - nauka technik. Niby każdy potrafi uderzyć prostym. Niby. Tylko czemu w takim wypadku, ten kto bije używa tylko jednej partii mięśni? Przecież przy głupim prawym pracują nogi, biodra, klatka piersiowa.
Następnym etapem w naszej nauce jest kata. Uczymy się łączyć poszczególne kroki w dłuższe kombinacje ruchów, uczymy się całej mechaniki naszego ciała. I to daje plony w przyszłości. Kto nie próbował, ten nie wie.
No i jest ostatnim, chyba najważniejszym - odnajdywanie siebie w całej tej filozofii, tworzenie swojego stylu, jednak nie zapominając o podstawach.
Droga niby długa i wyboista, ale gdzie tak nie ma? Jaką sztuką lub jaki sport walki by nie wybrać to wszędzie jest tak samo. Nic na to nie poradzimy.
Dobra, nieważne - dałem wywód jak trener co najmniej, ale trudno. Teraz przejdźmy do drugiego punktu.
Ostatnio oglądałem Fight Quest, doprawdy świetny program, przekrojowo pokazuje najbardziej znane sztuki walki świata (Kali, Muay Thai, Kyokushin Karate, Sambo, etc) Nie pokazuje tego na szczęście z punktu widzenia osoby, która tylko o tym słucha od mistrzów, tylko z punktu widzenia osób, które to ćwiczą. Prowadzących jest dwóch - w dodatku zawodowych sportowców. Rzucają wyzwanie mistrzom dyscyplin i udają się ćwiczyć daną sztukę w dwóch zupełnie różnych środowiskach. Jeden najczęściej w górach (lasach etc) drugi natomiast w bardzo zaniedbanych salach (no chyba, że jest to Japonia lub Chiny) Potem następuje walka, którą najczęściej przegrywają. No, ale w pięć dni nie da się nauczyć niczego tak na dobrą sprawę. Nie ważne jak dobrą bazę się ma.
Ale oglądając właśnie program o Muay Thai uderzyły we mnie słowa jednego z prowadzących. Że ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak dobrze mają. Fakt, odnosiło się przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych, ale mimo wszystko odniosłem to do naszej Polskiej rzeczywistości. Ludzie narzekają, że są nieszczęśliwi, że los ich nie rozpieszcza. Ale kurde, mamy dach nad głową, nie musimy startować w brutalnych walkach, żeby zarobić na chleb. Przeglądałem statystyki. Przeciętny 13 letni chłopak ma w Tajlandii około 40 startów w ringu. Tylko po to, żeby zarobić na jedzenie. U nas możemy się zatrudnić choćby do głupiego roznoszenia ulotek. Sam często narzekam, ale kurde, no ludzie ogarnijmy się. Żyjemy we wspaniałym kraju, który daje nam mnóstwo możliwości rozwoju. Jeśli nie potrafimy tego wykorzystać, to wina nasza a nie polityków, czy czegokolwiek innego.
Na koniec chciałbym powiedzieć jedno. Chyba na prawdę zaczynam żyć tym całym bushido - coraz bardziej odnajduję swoje miejsce w świecie, dzięki tym wszystkim zapiskom jakie pozostały.










